Wracałem do domu z potrzebą fizjologiczną w brzuchu. Zza krzaków wyszedł policjant drogówki z lizakiem w ręku. Pomyślałem: nie wytrzymam, zaraz się posikam. A to był dopiero preludium do czegoś poważniejszego. Zatrzymałem się na poboczu, myśląc: albo ten człowiek szybko powie mi coś o przekroczeniu prędkości, albo będzie się guzdrał, każąc mi iść do radiowozu, choć wcale nie w celach filmowych. Wreszcie, gdy w moim brzuchu zaczęła się prawdziwa rewolucja, funkcjonariusz przedstawił się i poprosił o dokumenty. Po krótkim wyjaśnieniu powodu zatrzymania nie wytrzymałem — wybiegłem z auta, odepchnąłem zdziwionego policjanta i pognałem za nasyp. Ten okazał się jednak szybki — wyciągnął broń z kabury, krzycząc „stać, policja!”. Ale ja byłem już za nasypem. Zanim mnie dogonił, zdążyłem załatwić sprawę w sposób bardzo mało komfortowy dla organizmu. Gdy dobiegł drugi policjant, kucałem jak idiota obok śmiejącego się do łez pierwszego, który nie wiedział, czy założyć mi kajdanki, czy podetrzeć. Ostatecznie poprosiłem o chwilę, żeby doprowadzić się do jako takiego stanu higienicznego. Policjanci, widać ludzie ze zrozumieniem, odwrócili się, a ja mogłem się ogarnąć. Po dwóch minutach zszedłem ze skarpy razem z nimi — widok mojej bladej, ale zregenerowanej twarzy jeszcze bardziej ich rozbawił. Nie chcieli mnie nawet wsadzać do radiowozu ani podawać ręki. Z mandatu zrezygnowali, rozumiejąc mój „pośpiech”. Grzecznie przeprosiłem i wsiadłem do swojego auta, myśląc, ile będą mieli uciechy, opowiadając to na komisariacie. Ja też lubię się śmiać z siebie, więc opowiadam to wam.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy/a.
Dodaj komentarz