Przez ostatnie 15 lat byłem dyrektorem basenu miejskiego. Gdy obejmowałem stanowisko, basen był w opłakanym stanie finansowym i technicznym — dziura z wodą, w której dzieciaki z podstawówki uczyły się pływać tylko dlatego, że zmuszali je nauczyciele WF-u, i nikt więcej tam nie zaglądał. Udało mi się zorganizować kilka akcji, znaleźć sponsorów i wyremontować obiekt. Dziś jest w świetnym stanie, przynosi spore zyski i stale się rozwija. Jakiś czas temu dostałem telefon od nowego burmistrza z poleceniem stawienia się w gabinecie. Myślałem, że może chce mnie za coś nagrodzić. Zamiast tego dowiedziałem się, że zostaję zdegradowany na stanowisko biurowe — gorzej płatne i tradycyjnie zarezerwowane dla dzieci pracowników na wakacje. A kto zajął moje miejsce? Pani, która wcześniej była kelnerką w bufecie na basenie, potem sekretarką, a w trakcie kampanii wyborczej burmistrza — jego współpracowniczką. Ja skończyłem kilka kierunków związanych z ratownictwem, zarządzaniem i finansami, znam biegle trzy języki. Ona dwa lata temu skończyła zaocznie kulturoznawstwo na małej prywatnej uczelni i słabo mówi po angielsku.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy/a.
Dodaj komentarz