Leciałam ostatnio na Sycylię, z przesiadką w Rzymie, bo tak wyszło taniej. Miałam tam godzinę przerwy. Rzymskie lotnisko to ogromny hangar z milionem punktów odprawy. Postanowiłam najpierw nadać bagaż, a potem poszukać toalety, bo naprawdę musiałam z niej skorzystać. Ucieszona, że bez trudu znalazłam właściwą kolejkę i odprawiłam bagaż, ruszyłam do WC. Po załatwieniu sprawy łapię za klamkę — ani drgnie, drzwi kabiny się zacięły. Szarpię, pukam, wołam po włosku, angielsku, a w rozpaczy nawet po polsku — a obok akurat Niemcy, którzy chyba uznali mnie za wariatkę. Do odprawy zostało kilka minut. Doprowadzona do ostateczności, wspięłam się na muszlę, oparłam rękami o ścianki kabiny i próbowałam wpełznąć przez drzwi. Gdy już zawisłam z jedną nogą po drugiej stronie, drzwi nagle puściły i wylądowałam na kolanach. Popędziłam do odprawy — zdążyłam w ostatniej chwili. Dopiero w samolocie zorientowałam się, że bagaż podręczny (laptop, telefon, kosmetyki) zostawiłam w kabinie WC na lotnisku w Rzymie.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy/a.
Dodaj komentarz