Kilka lat temu pracowałam na nocną zmianę i nad ranem wracałam do domu na wsi. Zauważyłam poboczem idącego mężczyznę z ogromnym plecakiem. Droga szła ostro pod górę, więc zatrzymałam się i zapytałam, czy go podwieźć. Trochę się wahał, ale w końcu wsiadł. Śmierdział okropnie — nigdy wcześniej nie czułam takiego zapachu. Zapytałam, co robi o tak wczesnej porze (było jakieś 4 nad ranem), a on odpowiedział, że idzie na ryby. Nie wiedziałam nawet, że mamy w okolicy jakieś jezioro. Pomyślałam, że smród pewnie idzie od robaków w jego plecaku. Kawałek dalej go wysadziłam i pojechałam do domu. Jakiś rok później miałam na uczelni zajęcia z medycyny sądowej, gdzie po raz pierwszy „miałam przyjemność” powąchać rozkładające się zwłoki. Zapach był dokładnie ten sam, co u mojego autostopowicza — nie da się tego pomylić. I nie, koło mojej wsi nadal nie ma żadnego jeziora.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy/a.
Dodaj komentarz